Kamienny most

Dawno, dawno temu… nie.. To nie pasuje do kontekstu.. Początek powinien być inny. Zatem pewnego dnia, mądry człowiek powiedział mi:
– Kiedy los podaruje Ci worek kamieni, to od Ciebie zależy, czy zbudujesz z nich mur czy most…
– No tak – powiedziałam, kiwając głową – bardzo mądre stwierdzenie.

Po czym wzięłam mój worek kamieni, zarzuciłam na ramiona i wróciłam do miejsca, które nazywałam domem. Dom ten był kamiennym zamkiem, zbudowanym na wzgórzu, usypanym z kamieni, które nosiłam doń każdego dnia. Zamek był wysoki, otoczony podwójnym murem, przedzielonym fosą, z wieżami obserwacyjnymi, basztami obronnymi i systemem umocnień warownych. Zamek, w którym mogłam bronić się przed światem zewnętrznym długie tygodnie, miesiące, lata. I wychodziło mi to bardzo dobrze, wręcz po mistrzowsku. Nie budowałam tego zamku tylko dla siebie. W centralnym miejscu znajdowała się komnata, w której na poduszkach z gęsiego puchu spał smok. Wstrętny cuchnący siarką potwór, który chrapał, charczał i od czasu do czasu ślinił się śluzem. Smok, którego wszyscy się bali i tylko ja go potrafiłam kochać. Każdego dnia dbałam o niego, opiekowałam się nim, mimo jego wad i złośliwości, które mi czynił. Kochałam bestię, ponieważ w głębi serca wierzyłam, że moja miłość pewnego dnia go odmieni. Zdejmowałam z jego barków ciężar odpowiedzialności i wzięłam ją na swoją głowę. Smok, gdy się wyspał i najadł, wylatywał na swoje eskapady, w czasie, których oddawał się hulankom, swawolom i zabawom. Nie ponosił ich konsekwencji, bo zawsze miał cieplutką i bezpieczną komnatę w niedostępnym zamku, w którym żaden rycerz go nie atakował. W zamku, gdzie na straży stałam ja. W zamku, w którym nie było ani jednego mostu.

I pewnego dnia pojawił się mędrzec wygłaszając swoje stwierdzenie. Jego sens nie dotarł do mnie od razu, bo nie chciałam go usłyszeć. Nie łatwo jest zrezygnować z dorobku całego życia. Niełatwo jest pojąć, że budowanie może mieć charakter destrukcyjny. Odcinając się murami od innych zamykałam sobie drogę do szczęścia. A przecież do szczęścia wystarcza tak niewiele.

Jednak w końcu nastąpił ten dzień, w którym po tym, jak smok wyleciał z domu, weszłam do jego komnaty i pozamykałam wszystkie drzwi i okna. Do wnętrza góry wrzuciłam dynamit i wysadziłam ją w powietrze. Z kamieni, które mi zostały zbudowałam piękny pałac z kolumnami, dużymi oknami, tarasikami. Dom z dużym, pięknym ogrodem zen, do którego wpuściłam słońce, uśmiech i zieleń. Ogród, w którym zbudowałam kilka mostów, kładek i traktów, postawiłam kamienne ławki otoczone pergolami, wykopałam kilka źródełek, wodotrysków i dodałam kilka kamiennych kwietników. Kamienie stały się budulcem, na którym pomału powstawało nowe życie, do którego zaprosiłam bliskich, przyjaciół, odrzucone damy i zbłąkanych rycerzy. Starannie polerowałam kamienie i brukowałam z nich  drogi do domu. I do tego DOMU pewnego dnia wrócił też uzdrowiony smok. Nadal był smokiem, nie zamienił się w księcia z bajki, ale po uzdrowieniu przez mędrca był już smokiem, którego chciałam kochać, a nie musiałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *