Tylko jedno marzenie.

Na początku była nieprzenikniona ciemność i bezkresny chaos. Pustka i niebyt. I jako pierwsze narodziło się marzenie. A potem powstał wszechświat.

Marzenia to temat, o którym mogłabym pisać co najmniej raz w miesiącu.  Kiedyś wydawało mi się, że moje marzenia powinny być wzniosłe, piękne i takie „poprawne politycznie”, takie o szczęściu i dobrobycie na świecie. W rezultacie nawet te dziecięce marzenia, które jeszcze czasami powracają do mnie w snach, były o byciu dobrą wróżką, która za pomocą czarodziejskiej różdżki, potrafi naprawić całe zło tego świata, zlikwidować wojny, głód i przemoc, a wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Oczywiście JA, jako wróżka byłam niezmiernie dobra, niebywale piękna i niezwykle utalentowana we wszystkim. Potem te marzenia przekształciły się w takie bardziej realne: o szczęściu w miłości, odnalezieniu drugiej połówki i uwiciu własnego gniazdka. Tak naprawdę były marzeniami o byciu perfekcyjną panią domu, która zawsze ma posprzątane, poukładane, ugotowane, upieczone, jest zawsze uśmiechnięta, mąż jest zadowolony, rodzice dumni z dobrze wychowanej córki. Tak jakby dziecięca wróżka stała się super kobietą: super piękną, super szczęśliwą i super zorganizowaną. I musiało minąć prawie 40 lat, żeby otworzyły mi się oczy i żebym zrozumiała, że to nie były absolutnie moje marzenia. To były marzenia moich najbliższych, które udawały, że są moje.

Był taki okres w moim życiu, gdy straciłam wszystkie swoje marzenia. Wszystkie, oprócz jednego. Jednego marzenia, które nie pozwoliło umrzeć mojej nadziei, gdy odeszła miłość i straciłam wiarę. Podtrzymywało tą iskierkę, aby nie zgasła. Ochroniło mnie przed ciemnością i pustką. Jednego marzenia, które stało się źródłem wszystkich, które mam teraz. Jakie to było marzenie? Długo myślałam, że najbardziej na świecie chciałam, aby mój mąż przestał pić. Bo gdy przestanie pić, moje życie się odmieni. I tak się stało, mąż podjął leczenie, ale moje życie wcale się nie naprawiło. Dopiero pół roku później zrozumiałam, że marzyłam o tym, aby zmienić siebie, a nie męża. I to dopiero wówczas odnalazłam naprawdę moje marzenie. Marzenie, które spowodowało w moim życiu przewrót o 180 stopni. Jedno marzenie, które mnie ocaliło. Moje marzenie.

Teraz mam więcej marzeń. Mogłabym powiedzieć, że całe stada, mnożące się w postępie geometrycznym. Każdego poranka, gdy widzę słońce, uśmiecham się i marzę. Na początku dzieliłam je na realne i nierealne. Te realne to były: schudnąć, nauczyć się optymizmu, naprawić swoje relacje z ludźmi, pojechać na wakacje, pisać bloga. A nierealnym jest wciąż powracająca wróżka z czarodziejską różdżką. Piękna i uśmiechnięta. Przestałam ją nazywać marzeniem, a zaczęłam fantazją. Jakoś zrobiło mi się od tego lepiej. Teraz wiem, że wszystkie MOJE marzenia są realne, tylko niektóre wymagają więcej czasu. Zrobienie Mapy Marzeń było dla mnie przełomem w rozwoju, chociaż ta pierwsza była bardzo entuzjastyczna i chaotyczna. Drugą już przemyślałam, spisywałam marzenia, robiłam notatki, ogarniałam marzeniowe planowanie, zastanawiałam się, w które obszary je przypisać, jakimi wzmocnić symbolami i żywiołami.

Przede wszystkim na samym początku powiedziałam sobie najważniejsze: teraz JA. To mają być moje marzenia, a nie marzenia innych. I guzik mnie obchodzi, że nie marzy mi się ani gromada dzieci, ani duży dom z ogrodem, bo przecież każdy o nich marzy. Ja nie jestem każdy. Ja jestem wyjątkowa i niepowtarzalna. Ja chcę mieć przytulne mieszkanko i kota rasy main coon. I wierzę gorąco, że taki kot na mnie czeka, albo dopiero się urodzi i pewnego dnia mnie odnajdzie. Nieważne gdzie, nieważne jak, będzie mój. Bo tego pragnę, więc to jest realne. A przytulne mieszkanko już mam i jestem w nim szczęśliwa. I wiecie co? Mapa marzeń zaskakuje mnie każdego dnia, ponieważ codziennie dzieje się w moim życiu coś, co umieściłam na moim zamówieniu.

Zastanawiałam się czy te moje marzenia to jeszcze marzenia, czy już raczej wyznaczone cele z programem ich realizacji. Przestały być takie piękne, ulotne i eteryczne, zrobiły się uporządkowane i poharmonogramowane. Czy to są jeszcze marzenia? Dopóki podtrzymują płomień nadziei są marzeniami. Dopóki patrzę na moją mapę marzeń i wyobrażam sobie siebie za 40 kilogramów w zielonej kiecce, za 3 miesiące wylegującą się na plaży, za 8 godzin rozmawiającą z mężem przy kolacji, to są marzenia. Dają mi nadzieję, że pięknie rozpoczęty dzień, równie miło się zakończy, dają mi siłę wewnętrzną, aby podążać trudną drogą zmiany i wzmacniają optymizm.

Ale ciągle zostało mi jedno piękne jak tęcza marzenie, zwane fantazją. I chociaż są chwile, że mam ochotę kopnąć tą piękną wróżkę w jej równie idealny tyłek, aby jej spadł ten magiczny pył ze skrzydełek, to jednak ta czarodziejka jest moja. Ona jest mną. Gdy zamykam oczy, nie mogąc zasnąć, chcę, żeby się pojawiła. Ona zawsze była moją nadzieją, moim światełkiem w ciemności. Gdy zostało mi tylko jedno marzenie, było to marzenie o tym, aby stać się nią i za pomocą czarodziejskiej różdżki zmienić swoje życie. Bo wtedy już tylko nadzieja na cud mi pozostała, nie widziałam innej drogi wydostania się niebytu. I cud się zdarzył. Jedno marzenie odmieniło moje życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *